bonbonNa Meiselsa, tuż za rogiem Placu Nowego, wyrosła, jakiś czas temu, nowa knajpka, o dość dźwięcznej nazwie BON BON. Przechodziłam koło niej z tysiąc razy, nigdy nie zaglądając do środka. Jednak, pewnego wieczoru, postanowiłam bliżej przyjrzeć się jej z bliska.

Od progu rzuca się w oczy duży bar, przy którym „wisi” kilkoro klientów, głównie znajomych obsługi. Jest wczesny wieczór, jednak niewielu ludzi zapełnia pierwszą salę lokalu. Muzyka raczej cicha, prawie jej nie słychać. Wnętrza miłe kolorystycznie, głównie beże i kremy, trochę brązu. Dużo szkła, co na pewno przyciąga uwagę w głównej sali. Wiszące tam żyrandole przytłaczają nieco, ma się wrażenie, że mogą spaść na głowę.

W piwnicy dancefloor, ale DJ jeszcze chyba śpi, bo konsoleta milczy, światłą nie mrugają.

Zasiadając na górze, z zaskoczeniem stwierdzam, ze BON BON podaje także jedzonko,  jednak menu nie zaskakuje. Jakieś naleśniki, zupy przecierowe i tym podobne. Cenowo, nie za drogo.

Co do drinków, to nieporozumienie. Więcej soku niż procentów, banie lekko nie dolane, ale … no cóż, nie można mieć wszystkiego :). Obsługa raczej zielona, oprócz kilku starych wyjadaczy, którzy znają się na swoim fachu. Trochę przykro patrzeć na różnicę w jakości obsługi pracujących wspólnie barmanów.

Jedyne, co możne uratować moje złe wrażenia, to rozkręcająca się powoli impreza na dole. Muzyka oldschoolowa, miło się zabawić, jest klimatyzacja, więc człowiek nie spoci się jak świnka. :)

Summa summarum, nic specjalnego. Jeśli zna się obsługę, bądź lubi się jedynie miłe wnętrza, można poświęcić temu miejscu więcej niż jedno spojrzenie.