Jako,  że ten blog ma być w zamyśle blogiem subiektywnym, nie będę owijać w bawełnę. Nie przepadam za tym lokalem ani za klientela, która tam chadza. Stop.  Chadzała. Moje informacje oraz odczucia na temat tego lokalu nieco już kurzem się pokryły.  Chociaż, kto wie czy nie są dalej aktualne… Samą Le Piankę (wolę jednak Łapankę) miałam okazję obserwować jako stały bywalec Ptaszyla. Ptaszyl sąsiaduje z Łapanką , wiec ja i moi znajomi przez wiele miesięcy mogliśmy podziwiać zarówno sam lokal jak i obsługę. Nie wspominając o klientach. Klienci Łapankowi byli (są?) pewnego określonego rodzaju.

Dominują solariowe opalenizny u przedstawicieli obojga płci, zarówno w strefie klienckiej jak i obsługowej. W tym lokalu nikt nie odważy się powiedzieć głośno dowcipów o blondynkach ponieważ ten kolor włosów jest tam dominujący. Normalnie kalifornijskie dziewczyny.

Panowie bardzo często na swe opalone i wyćwiczone siłownią (bądź sterydami)ciała nakładają odzież sportową marek uznanych za dobre lub też prezentują się w eksponujących mięsnie nóg dżinsach i obcisłych, seksownych koszulkach… wrrr.  O poziomie intelektualnym rozmawiać nie ma potrzeby bo przeciez do Łapanki ludzie nie przychodzą w poszukiwaniu intelektualnej strawy :) . Chociaż, może się jednak mylę…..?

Opis knajpy : „Wszystko można tu znaleźć – dekoracje azteckie, stare drewniane podłogi, ściany pomalowane w kropki, zupełnie nowe meble, klosze od lamp, dywany i głośną muzykę. Nic nie pasuje do siebie, i to jest właśnie znak firmowy Le Pianki.  Zrobiona dla ludzi, którzy lubią dziwactwa”

Jeżeli dziwactwem jest nadmiar solarium, obcisłej białej odzieży i żelu we włosach to nie mam w zasadzie pytań.

Zdecydowanie wolę pójść do Absyntu