Na Meisselsa jest knajpka, która jest istotną częścią historii Kazimierza. Istnieje od ponad 6 lat i można śmiało powiedzieć, że jest jedną z nielicznych, które dotąd nie straciły swojego klimatu i uroku.
Mleczarnia, bo o niej mowa, powstała w starych pomieszczeniach produkcyjnych, a nazwę zawdzięcza szyldowi, który pamięta czasy wojny, wiszącemu nad wejściem. Właściciele nie wygonili z kątów kurzu, wstawili nieskładne stoły i krzesła. Niby nic a efektem jest miejsce o niebanalnym, iście Kazimierzowskim, klimacie
Samo wnętrze to zbieranina tzw durnostojek i pułapek na kurz. Dziwne obrazy na ścianach, stare kufle i szklanki poupychane po katach, jakieś krzywe szafki, kredensy i komody. Absolutna serweciarnia i to w najlepszym wydaniu.
Obsługa miła i sympatyczna, świadoma tego, że na Kazimierzu barman ma ostatnie słowo ![]()
Duża ilość dziwnych trunków, bardzo dobra kawa i smalec domowej roboty. Można przyjść z psem lub bez psa, godna polecenia jest szarlotka i sernik.
Ogródek Mleczarni to już legenda przez duże L. Znajdujący się po drugiej stronie ulicy, przyciąga tłumy niezależnie od dnia tygodnia. Duży, wręcz ogromny w porównaniu z innymi ogródkami, utytułowany pod drzewem, cudownie zacieniony nawet w najgorętsze upały. Rewelacyjne miejsce do odpoczynku.
Lokal warty odwiedzenia, bo naprawdę Kazimierzowski.
© 2009, ISHKE. All rights reserved. Na prośbę osób zainteresowanych autor może usunąć wybrane komentarze. Usuwane będą komentarze propagujące treści niezgodne z prawem obowiązującym w Polsce – szczególnie propagujące treści nazistowskie, rasistowskie itp. W innych przypadkach komentarze nie będą usuwane.